Restauracja Novotel

Aura jakby zmówiła się przeciwko mnie. Gdy już wychodziłam z domu, by przejechać się na rowerze i wykorzystać te ostatnie sierpniowe dni na krótką przejażdżkę, słońce chowało się za chmury i zaczynało siąpić. Chciałam ten ostatni raz przejechać się po Lasach Oliwskich w towarzystwie ciepełka. Wiedziałam, że wrócę do Gdańska dopiero za miesiąc i nie spodziewałam się, żeby październik przywitał mnie w domu pełnym słońcem. Wprawdzie zapewniano mnie, że na Pomorzu Zachodnim nie zabraknie wyjazdów rowerowych, ale wiedziałam, że i tak nie będą to wyjazdy tak długie jak lubię najbardziej. Słońce wyszło w chwili, gdy z plecakiem i (o, zgrozo!) z walizką (ja nigdy nie jeżdżę z walizką) ruszyłam wolnym krokiem ku dworcowi w Oliwie.

Krajobraz za oknem był szaro-bury. Pociąg tradycyjnie kołysał mnie do snu (no cóż, rodzinne wesele odbijało się jeszcze na moim samopoczuciu). W głowie kłębiło mi się sporo myśli, dotyczących nowych obowiązków, ludzi, których spotkam, miejsc, które zobaczę. Towarzyszyło mi delikatne podekscytowanie, ale też obawa czy podołam zadaniu. Bo co innego pisać na swoim blogu prywatnym, co ślina na język przyniesie, a co innego ze świadomością, że jednak szef czyta :). Obawy szybko jednak ustąpiły miejsca przemyśleniom dotyczącym podróży. Zauważyłam, że każdy wyjazd, niezależnie czy kilka tysięcy kilometrów od domu czy zaledwie kilkaset, może być równie emocjonujący. Ten na pewno był.

Zaczynałam się czuć jak księżniczka, znaczy jak królowa (wiek jednak robi swoje).

– Ty z tą królową to nie szarżuj – powiedział Łukasz, który przeprowadzał ze mną rozmowę kwalifikacyjną, i w sumie po części, dzięki któremu tu się znalazłam. – Za tydzień będziesz inaczej mówić – przekonywał, pół żartem (a może jednak na serio?).
– Będziemy ci potem przypominać za każdym razem, gdy coś będzie nie tak – wtrąciła Asia ze śmiechem – że czułaś się jak królowa.

Ale tak się czułam. Co poradzić. Z dworca nie musiałam się tłuc taksówką (a to i tak wariant luksusowy, bo zwykle idę piechotą lub jadę komunikacją miejską), lecz czekał na mnie samochód, z kierowcą Bartkiem. Przy wejściu do hotelu Novotel powitała mnie pani menadżer, kłaniając się niemal w pas. Brakowało tylko czerwonych dywanów. O, nie przepraszam, o ile dobrze pamiętam to jakieś chyba dywany jednak były. Może to zmęczenie podróżą, może jeszcze tym weselem, ogólny lekki stres, wpłynęły na to, że szczegółów dobrze nie pamiętam. Za to świetnie pamiętam co jadłam, bo stół uginał się od jedzenia. Hotel Novotel, w którym jedliśmy poniekąd uroczystą powitalną kolację przeszarżował stanowczo i przeliczył się z naszymi możliwościami, choć staraliśmy się jak mogliśmy.
– Ja poproszę aneks do umowy o dodatkowe dofinansowanie usług dietetycznych – szepnęłam do głównodowodzącego, Wojtka. – Jeśli tak codziennie wszyscy będą mnie karmić, to słabo to widzę.

Restauracja Hotelu Novotel

Krem z suszonych pomidorów, tatar z mojego uwielbionego łososia, którego mogę jeść pięć razy dziennie, i genialne curry z łososiem z dodatkiem ryżu jaśminowego. Umarłam! Z przejedzenia, ale co tu ukrywać była to śmierć z rozkoszy, szczególnie gdy na stole wylądował sernik w tempurze z dodatkiem sosu z mojego ukochanego mango (ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem totalną mangoholiczką). Zwykle wszyscy mi zarzucają, że za mało w moich postach jest mowy o jedzeniu. Tym razem, choćbym chciała, nie mogłabym pominąć tak smakowitego wątku.
Czułam się jak na wieczorku zapoznawczym. Pod obstrzałem spojrzeń. To dziwne uczucie. Dawno nie byłam w takiej sytuacji, bo sama sobie od dłuższego czasu byłam panią i szefową. Atmosfera szybko się jednak rozluźniła i już po chwili śmialiśmy się w głos. Z przyjemnością siedziałbym tak do późnego wieczora, ale trzeba było jeszcze dostać się do  Park Hotel, w którym miałam nocować (królowe sypiają tylko w najlepszych miejscach 🙂 ) Nieubłaganie zbliżał się pierwszy dzień pracy – 1 września. Poczułam się niemal jak w czasach szkolnych. Tylko wówczas ten pierwszy dzień września był datą znienawidzoną, niosącą ze sobą wizję codziennego wczesnego wstawiania, kilku godzin intensywnej pracy a potem odrabiania zadania domowego. Oooo! Zagalopowałam się. W sumie teraz mam to samo 🙂 Ale jednak różnica jest kolosalna. To, co zaczęło się teraz, to przygoda!