Mrzeżyno, turniej

Wyszłam na balkon. Wokół panował niezwykły spokój. Po raz pierwszy odkąd zaczęłam pracę, poczułam się przez moment jak na wakacjach. Takie poranki uwielbiam najbardziej. Wkoło drzewa i dużo przestrzeni. Najlepiej jak jestem jeszcze tylko ja.

Tu nie byłam sama, choć tak się czułam, bo mimo że w Apartamentach za Regą było sporo gości, to o szóstej rano wszyscy jeszcze spali.

Słońce świeciło, rozświergotały się ptaszki. Najchętniej siedziałabym cały dzień na tym balkonie, pisząc i czytając. Słyszałam, że to miejsce jest idealne właśnie dla szukających spokoju i ciszy oraz pustej plaży. Znajdowaliśmy się bowiem z dala od, zatłoczonego zwykle w sezonie, centrum. Plaża więc w okolicy była ponoć pusta. Niestety czasu brakło, by sprawdzić to osobiście. Musiałam zaufać folderom reklamowym.

– Za piętnaście dziewiąta ktoś po ciebie przyjedzie – Usłyszałam w słuchawce.
Ekspresowe pakowanie i jeszcze bardziej ekspresowe śniadanie. Byłam gotowa na rozpoczęcie turnieju w bule, które rokrocznie odbywają się w Mrzeżynie. W tym roku już po raz dwunasty (pierwsze odbyły się w 2003).
– Żeby nie było, że tu jakieś ustawiane losowania są, niech losuje teraz pan Burmistrz – powiedział Krzysztof Kubacki.
Pan Burmistrz Trzebiatowa – Zdzisław Matusewicz, ruszył żwawo do losowania.
Losowanie odbywało się na specjalnych zasadach. Na stole leżały dwa stosy identyfikatorów z nazwiskami. W jednym stosiku leżały identyfikatory z nazwiskami z grupy niemieckiej, w drugim polskiej. Zespoły miały być bowiem mieszane. Chodziło przecież o integrację i dobrą zabawę.

– Naprawdę to takie duże wydarzenie sportowe? Międzynarodowe? Że przyjeżdżają z całej Europy? – Dopytywałam zdziwiona, gdy pierwszego dnia ujrzałam w swoim harmonogramie ów podpunkt.
– Musisz pamiętać, że tutaj na Pomorzu Zachodnim, z reguły wszystko, co jest „międzynarodowe” znaczy „polsko-niemieckie”. – Wytłumaczył jeszcze w Szczecinie Wojtek.
– Miała być para Szwedów – wtrąciła się w rozmowę o „międzynarodowości”, jedna z uczestniczek. – Ale chyba się przestraszyli i nie dojechali.

mierzenie kuli

Na sali panował rwetes. Nowi partnerzy poznawali się, machali do siebie. Większość zna się od lat, bo też od wielu lat tu przyjeżdżają. Krzysztof jeszcze poprzedniego dnia przekonywał, że to nie jest żadne wydarzenie sportowe, w którym rządzi chęć wygranej i to takiej za wszelką cenę. – Traktujemy te zawody jako spotkanie towarzyskie, rodzinne. Znamy się od lat i wykorzystujemy to jako dobrą okazję do spotkania się.

Para, którą poznałam, Monika i Hubert jeżdżą od jakiegoś czasu wspólnie na rozgrywki. Hubert gra od czterech lat. Kolega wciągnął go w to towarzystwo i tak się zaczęło. Jeździ też do Wandlitz w czerwcu na rozgrywki organizowane przez Niemców. Wojtek gra od dziesięciu lat, co roku. Ale tylko ten jeden raz w roku. Na co dzień nie. Zdradził mi jednak, że niektórzy z niemieckich gości z Brandenburgii mają swoje własne rozgrywki, własne ligi, więc grają bardziej zawodowo. To było widać. Dziwaczne pozy, specjalne techniki – podchodzili do tego naprawdę profesjonalnie. Ja po prostu, od tak sobie rzucałam. Czasem się udało, czasem nie.
Zresztą moim zdaniem dużo zależy od terenu, na którym się gra. Najbardziej przewidywalna jest chyba piaszczysta plaża. Gdzie się rzuci, tam z reguły kula zostaje. Na specjalnych torach, na których rozgrywał się turniej, więcej było przypadkowości. Nawierzchnia płaska, więc jak rzuciło się za mocno, to kula turlała się daleko. Czasem jakiś wystający kamień, zmieniał kierunek turlania się.

sektor

– Zasady są proste – powiedział Krzysztof, gdy dzień wcześniej poszliśmy poćwiczyć grę.
Faktycznie dość szybko można załapać, o co chodzi. Wielkiej filozofii tu nie ma. Czasem tylko potrzebna jest miarka, by sprawdzić czyja kula znajduje się bliżej „jacka”, „świnki” (nazw na małą kulkę jest wiele). Czasem o wygranej przesądzają milimetry.
Gra w bule może być fajną zabawą, zwłaszcza jeśli się gra w gronie przyjaciół, znajomych czy rodziny. Zresztą, co tu dużo mówić. Każda zabawa jest fajna, jeśli biorą w niej udział nasi najbliżsi.

A co do wygranych i przegranych? W końcu to turniej był. Niby mówi się coś o „szczęściu początkującego”. E, nieprawda. Przegrałam wszystkie rundy 🙂 Chociaż nie było tak źle, bo nigdy do zera.

lista uczestników

Odwiedzone miejsca:
Nocleg w Apartamentach za Regą. – Bardzo piękne miejsce, ciche i spokojne z ładnymi i bardzo czystymi apartamentami. Dla kogo? Prawdopodobnie dla zamożniejszego turysty, ale też dla tych, którzy szukają ciszy i spokoju.

Nocleg w FAMA-STA – Tu odbywał się turniej w bule. Jeśli chodzi o samo miejsce to najbardziej typowy z typowych ośrodków wczasowych i rehabilitacyjnych. Dla koneserów.