Zatrzasnęłam za sobą drzwi samochodu. Właściwie to nie wiedziałam gdzie jedziemy i co będziemy robić. Kazali wsiadać, to wsiadłam. Byliśmy na terenie Motoparku w Koszalinie, więc powinnam była się domyślić, że to, co będziemy robić w tym samochodzie lub z tym samochodem, to raczej coś ekstremalnego. Byłam pewna jednak, że będziemy po prostu bardzo szybko jechać po torze, z ostrymi zakrętami i innymi cudami.

– Wystawiłeś rampę? – Usłyszałam pytanie siedzącego za kierownicą Emila Bożka, właściciela Motoparku, rzucone do jednego ze swoich pracowników.
–Przepraszam, jaką rampę? – Wykrzyknęłam zaskoczona.
Jak rampa, to jakieś skoki, przebiegło mi przez myśl.
– Co my właściwie będziemy robić? – Zaczynałam być przerażona.
– Tylko troje ludzi w Polsce to potrafi. – powiedział. A ja aż zadrżałam.
– Tam jest rampa. – Wskazał na cienką kładkę. – Przejedziemy po niej.
– Ale jak?!!! Przecież się nie zmieścimy!!
– Będziemy jechać na jednym boku.
Z wrażenia, aż wyrwało mi się przekleństwo.
– Wysiadam! – Zakrzyknęłam
Emil jednak przekonywał, że jestem z nim bezpieczna, że ćwiczy to od lat, że jeszcze nigdy nic się nie stało.

– Zawsze musi być ten pierwszy raz – Czarnowidziałam.
Najpierw była spokojna rundka po torze, po którym wcześniej śmigałam gokartem (choć na początku ostrożnie, bo nie byłam pewna czy gokart mi się nie przewróci).
– Jak najmniej się ruszaj – Przykazał Emil. – Możesz krzyczeć, piszczeć, ale nie ruszaj się.
Nie krzyczałam jednak i nie piszczałam. Dziwne, bo też prawie się nie bałam. Czułam adrenalinę. Gdy Emil wjechał pierwszym kołem na wzniesienie, zamknęłam w pierwszej chwili oczy, ale szybko je otworzyłam. Za chwilę wisieliśmy już bokiem, na dwóch kołach.
– Ale czad!!! – Krzyknęłam. – Jeszcze raz, jeszcze raz!
Emil wycofał i zaczęliśmy od nowa, a potem na dwóch kołach przejechaliśmy niemal cały tor kartingowy. Byłam pod ogromnym wrażeniem jego umiejętności. Te jednak nie przychodzą od tak. Ćwiczy się je latami. Jego pasja zaczęła się od motocykli, przede wszystkim Enduro. Zrezygnował z zawodów i kariery sportowej, bo poświecił się budowie motoparku, w którym właśnie gościłam. Tak bardzo chciałam pogadać z nim dłużej, bo wydawał mi się niezwykle interesującą postacią, ale czas naglił. Na Koszalin mieliśmy przeznaczone jedynie trzy godziny, wszystko według harmonogramu, więc właściwie udawało mi się jedynie liznąć trochę tego, trochę tamtego.
– Przyjedź kiedyś na dłużej – zachęcał Emil.
Rany, no muszę! To była najfajniejsza rzecz, jaką przeżyłam w ciągu nie tylko ostatnich tygodni w trakcie akcji Aż Po Morze. To była najfajniejsza rzecz ever, którą mogę porównać do zjazdu na desce z aktywnego wulkanu w Nikaragui (możecie przeczytać o tym TUTAJ)

***

Wieża Widokowa
„Co ty chcesz zwiedzać w Koszalinie?”, słyszałam pytania, zadawane ze zdziwieniem, nawet przez samych mieszkańców Koszalina. – No, nie wiem. Nie znam miasta – odpowiadałam, wiedząc, że nie moje w tym zmartwienie. Miałam iść z przewodnikiem, którym został pan Marcin Machocki i pani Sylwia Mytnik z Regionalnego Centrum Informacji Turystycznej.
Do samego Koszalina miałam o tyle sentyment, że mieszka tu moja znajoma Jagoda Koprowska, prowadząca Radiowy Klub Obieżyświata (zapraszam do słuchania audycji i na spotkania w radio, w których sama czasem uczestniczę). Na Radiowym Klubie Obieżyświata moja wiedza o Koszalinie się kończyła. Dziś pan Marcin i pani Sylwia, mimo małego zasobu czasowego, postanowili choć w pigułce ją poszerzyć.

Była więc Góra Chełmska, z piękną wieżą widokową (31,5 metra wysokości, 140 schodów), na której mieści się Sanktuarium. Dziś góra znajduje się pod opieką Szensztackiego Instytutu Sióstr Maryi. Pierwszy raz słyszałam o siostrach szensztackich i bardzo mnie to zaintrygowało. Jak się okazuje siostry nie składają ślubów wieczystych i w każdej chwili mogą zrzucić habit.

Czekamy na wejście na więżę czy nie czekamy? Czas goni, czas popędza. Ruszamy dalej.

Wioska Indiańska

Podobnie jak o siostrach szensztackich słyszałam po raz pierwszy, tak samo i o indianistach. Wiedziałam, że są ludzie, którzy kulturą indiańską się interesują, ale nigdy nie spodziewałam się, że jest ich tak wielu i że niektóre grupy czy stowarzyszenia funkcjonują już od tylu lat. Mogłam się o tym przekonać, poznając rodzinę Państwa Konarzewskich, którzy od ponad dwudziestu lat zafascynowani są kulturą rdzennych mieszkańców obu Ameryk, o od 2003 roku starają się tę kulturę, zwyczaje i tradycje przekazywać innym. Stworzyli wioskę indiańską, w której można dowiedzieć się czym się różni wigwam od tipi i czy się pali fajkę pokoju, czy nie (Marcin, filmowiec już wie, że się nie pali, bo chciał, a został przez właściciela mówiąc delikatnie zganiony za pomysły).

Czas goni, czas popędza. Ruszamy dalej.

Muzeum Kultury Jamneńskiej

Wieś Jamno. A jak wieś Jamno to i kultura jamneńska, a do tego chodaki też jamneńskie. Do Jamna jednak nie jechaliśmy. Zajrzeliśmy jedynie na chwilę do Muzeum Kultury Jamneńskiej, prezentującej budynki i warunki mieszkaniowe, stroje oraz zwyczaje dawnych mieszkańców podkoszalińskich wiosek, czyli Jamna i Łabusza. Nie mieliśmy okazji spróbować specjałów tradycyjnej kuchni w Gospodzie Jamneńskiej (ponoć mają przepyszne lepiochy), ale za to znaleźliśmy chwilę na ciepły jeszcze sernik z lodami.

Czas goni, czas popędza. Jedziemy dalej.

Dosłownie na dziesięć minut wpadliśmy do Muzeum Aut Zabytkowych.
– Jeny, to mój ukochany samochód! – Westchnęłam, patrząc na czarnego wypolerowanego Jaguara cabrio.
Generalnie samochody to nie jest coś, co mnie ekscytuje. Zwłaszcza takie sportowe i nowe. Ale takie stare, albo takie, które można obtłuc w lesie, to co innego.

Ale czas goni, czas popędza. Na nas czas…
***

Hortulus
– Jesteśmy walnięci. Mamy świra i to robimy. – Usłyszałam i od razu pokochałam tę kobietę.
Iwona Bigońska to wielka pasjonatka. Z wyksztalcenia jest szkółkarzem, podobnie jak i jej mąż. Ich pasją są rośliny. Ich dziełem są magiczne, bajkowe, niezwykle przemyślane i piękne ogrody: Hortulus oraz Hortulus Specatabilis.
Aż nie chce mi się wierzyć, że jak sięgnę okiem wszędzie były nieużytki i klasyczne opuszczone gospodarstwo. Jeszcze przed 1991 rokiem. Ogrody tematyczne Hortulus zaczęły powstawać w 1992 roku. Dziś jest ich aż 28. Wszystkie są niezwykle piękne, przygotowane z wielka starannością, pietyzmem i widać, że z ogromną miłością oraz pomysłowością. Są ogrody kolorów, dźwięku, ogrody, w których dominuje zmysł powonienia. Są ogrody wodne, kamienne, japońskie, francuskie, warzywne i ziołowe. Spacerując przygotowanymi ścieżkami mam ochotę zanurzyć się w boczne alejki, usiąść na fotelu czy krzesełku, których w ogrodzie jest pełno i pobyć w ciszy i w zespoleniu z otaczającą mnie roślinnością. Czas jednak goni, czas popędza. Samo dość szybkie przejście po ogrodach (nie mówiąc o błądzeniu po labiryncie) zajęło nam prawie trzy godziny. Jeśli myśli się o tym, by w ogrodach spędzić nieco więcej czasu (trzeba koniecznie spędzić więcej czasu!), warto zaplanować sobie cały dzień. W Hortulus Spectabilis – W Ogrodzie Magii Czasu Przestrzeni Iluzji i Wyobraźni ze słynnym już i największym na świecie labiryntem grabowym oraz funkcjonującą od zeszłego roku wieżą widokową też nie brakuje atrakcji. Ludzi przyciąga przede wszystkim labirynt, w którym można zgubić się bardzo skutecznie. Ja uwielbiam się gubić i robię to często i gęsto. Tu jednak gonił nas czas. Brakowało go na błądzenie. Przyglądałam mu się z podziwem z wieży widokowej, zaprojektowanej na kształt ludzkiego DNA. Powierzchnia ogrodu jest ogromna (ok 5 ha). Całość nie jest jeszcze gotowa, ale oprócz niesamowitego labiryntu, ogromne wrażenie robi ogród „4 pory roku”, w którym rośliny zakwitają kolejno i odpowiednio do obecnej pory.

Ogród japoński
Każda alejka ma swoją nazwę. Skąd się biorą pomysły na nie?
– Często są pożyczane z przyrody, ale też biorą się z emocji, które dane rośliny wywołują. – Tłumaczyła pani Iwona.
Ogrody Hortulus od początku nie powstawały wcale z zamysłem bycia atrakcją turystyczną.
– Zawsze marzyłam, żeby mieć kota, psa i duży ogród. Bo my z mężem zawsze w blokach mieszkaliśmy. – Wyjaśniła. – Jesteśmy takimi blokersami – Zaśmiała się.
Pani Iwona chciała ogród. Teraz ma nawet dwa i to nie byle jakie. Ma też centrum ogrodnicze i wydawnictwo oraz mnóstwo pracy, choć jak się okazuje ma też czas na podróże. Gdy bierze wolne, to razem z córką potrafi na dwa miesiące wybrać się na włóczęgę, np. po Hiszpanii. Wszędzie byle nie samolotem.
Pani Iwona i jej mąż to kolejne osoby, które udowadniają swoim życiem, że marzenia się spełniają, czasami z nawiązką. Nic jednak nie dostaje się od tak, za darmo. By je spełnić, trzeba się zwykle mocno napracować i wiele poświęcić.

Zegar kwaitowy

Gdzie byłam, z czego korzystałam:

Wieża widokowa na Górze Chełmskiej

Wioska Indiańska

Motopark

Muzeum Kultury Jamneńskiej

Muzeum Aut Zabytkowych

Ogrody Hortulus i Hortulus Spectabilis

Nocleg

Camping Baltic nr 78

Camping jest fajnie położony, w samym mieście, w strefie uzdrowiskowej. Szybko można dostać się na plażę i do wielu atrakcji turystycznych. Teren jest zadbany, a domki (w jednym z nich się zatrzymałam), wręcz zaskakują tym, jak są ładne, czyste i zadbane.

Jedzenie:

Gospoda Jamneńska – piękny wystrój, ładnie zaprojektowany ogród. Jedynie ze słyszenia mogę polecać jedzenie,s zczególnie ponoć pierogi. Kuchnia typowo polska. Z doświadczenia mogę zaś polecić sernik

 Sernik w Gospodzie Jamneńskiej