„Kilogram mąki, pół kostki drożdży, szklanka zakwasu, szklanka letniej wody, dwie łyżeczki soli, łyżeczka cukru. I zagniatamy.”

– Jaką mąkę wolisz? – Zapytała Wioletta. – Żytnią czy orkiszową.
– Orkiszową. Stanowczo orkiszową.
Wysypałam mąkę na stół i ułożyłam ją w ładny wulkan. Wulkanem nazywa to Wioletta, a jeszcze wcale nie wiedziała, że ja tak bardzo wulkany kocham. Tym razem miałam wulkan mączny. Do środka dodałam zakwasu, trochę drożdży i wody, soli i cukry i zaczęłam zagarniać powoli, zbierając mąkę ze zboczy. 
– Tak, by lawa nie wyciekła. – Upominała Wioletta.

Mój chlebek
Wioletta Hlib wraz z mężem Grzegorzem prowadzą w miejscowości Radowo Małe agroturystykę „Żurawi Krzyk”. Gdy zajechałam do nich przed południem panował tam rwetes. Przed agro stał szkolny autobus. Grupka dzieciaków grała w siatkówkę, dziewczynki biegały, tuląc maleńkie kotki, część dzieci pojechała na przejażdżkę wozem nad jezioro. Cała wycieczka szkolna zawitała jednak do Państwa Hlib na warsztaty pieczenia chleba. Takie warsztaty Wioletce krążyły już dawno po głowie, ale dopiero rok temu wprowadziła je do oferty.

Pierogi ruskie
– My też dzisiaj popieczemy – Obiecywała. – I polepimy pierogi.
Dzieciaki robiły jeszcze bułeczki, wycinały różne wzory w cieście, tworząc bajkowe ciasteczka, młóciły ziarno. Rumoru przy tym robiły, co niemiara. Wybrałam się więc w międzyczasie wozem, do którego zaprzęgnięto Kubę, nad jezioro. Kuba to oczywiście koń, (żeby nie było).
– Ale ta jesień punktualna – powiedziałam, wciskając ręce do kieszeni, i zakładając kaptur na głowę. Jeszcze przedwczoraj śmigałam w krótkim rękawku, a wczoraj i dziś już bluza i kurtka nie starczały. Kuba nie gnał szybko, ale i tak wiatr mocno chłodził. Ręce miałam zziębnięte, ale przejażdżka była na tyle sympatyczna, że jakoś byłam w stanie zimno, którego zwykle nie znoszę, wytrzymać. Z miłym rozmownym towarzystwem zawsze jest przyjemnie. A i jezioro wynagradzało zmarznięcie. Miałam ochotę posiedzieć nad nim dłużej, nacieszyć oczy zielenią, a uszy ciszą, która tam panowała. Do głosu nie dochodziły żadne dźwięki. Nie było ani plusku ryb, ani szumu liści, ani śpiewu ptaków. Głęboka cisza, ale za to jaka piękna.

Jezioro
Lasy, przez które jechaliśmy kusiły do grzybobrania. Tak lubię zbierać grzyby (nawet bardziej niż je jeść 🙂 ) Co chwilę z wozu dostrzegaliśmy jakieś podgrzybki czy koźlaki. Teren jest ponoć bardzo obfity w grzyby. Pan Grzegorz w zeszłym roku non stop chodził do lasu i potrafił w ciągu dwóch godzin nazbierać cztery-pięć wiaderek grzybów, które potem głównie szły na suszenie. Ja z grzybów najbardziej lubię zupę. Jakby Wioletta czytała w moich myślach.

Grzybobranie
– To na rozgrzanie zupkę grzybową ci podam – Oświadczyła, gdy wróciliśmy znad jeziora.
Zupka niebiańsko smaczna od razu sprawiła, że zrobiło mi się cieplej. W kuchni Państwa Hlib w ogóle było bardzo ciepło. Nie tylko ze względu na chodzące piece do pieczenia chleba, ale ze względu na atmosferę.
– Po raz pierwszy odkąd zwiedzam Pomorze Zachodnie gdzieś czuję się naprawdę jak w domu. – Przyznałam.
Czułam się jakbym przyjechała nie do kogoś obcego, ale w odwiedziny do dawno niewidzianej rodziny. Tyle ciepła, życzliwości od całej rodziny, sprawiło, że tak się poczułam i już wiedziałam, że rano wcale nie będzie mi się chciało stąd wyjeżdżać.
– Proszę Pani. Proszę Pani, to ja potem pójdę nazbierać dla pani malin, dobrze? – Bardziej oświadczył niż zapytał dziewięcioletni Eryk.
– Bardzo ci dziękuję Eryku.
Po chwili chłopiec był już z powrotem z miseczką przesłodkich malin z krzaczka przy domu. – Proszę pani to ja zrobię i upieką dla pani bułeczki. Jakie pani chce?
Aż się roześmiałam, bo dawno żaden mężczyzna tak koło mnie nie skakał, nie mówiąc już o tym, by dla mnie coś piekł.
– To ile chce pani tych bułeczek i z czym.
– Jedna wystarczy. Niech będzie z niespodzianką – powiedziałam.
– Taki mały dżentelmen z niego – W głosie Wioletty słychać było dumę.
– Po tacie – Dopowiedział pan Grzegorz ze śmiechem.

Żurawi Krzyk

Agroturystyka działa od dziesięciu lat. Teren, który mają Państwo Hlib jest naprawdę duży i przyjaźnie zaprojektowany. Jest masa miejsca do odpoczynku i do zabawy. Mam wrażenie, że to idealne miejsce dla całych rodzin i dla dzieci przede wszystkim. Jest plac zabaw, jest masa zwierzaków, boisko do siatki, stół do ping-ponga. Można tu wypożyczyć rowery i przejechać się nad jezioro albo do lasu na grzyby. Można wziąć udział w warsztatach pieczenia chleba albo lepienia pierogów. Jedyne czego tu nie można, to nudzić się. A gdy już wszystkim się jest zmęczonym, można siedzieć na tarasie albo położyć się na zielonej trawce i wgapiać się w niebo, nasłuchując żurawiego krzyku, bo stąd nazwa gospodarstwa.
– Na warsztatach z zakładania biznesu, musieliśmy napisać cały biznesplan i oczywiście między innymi wymyślić nazwę. – Wioletta odpowiadała na moje pytanie o pomysł na nazwę. – Nie miałam pojęcia, co wymyślić. Wtedy prowadzący powiedział, bym pomyślała, z czym mi się to miejsce tak najbardziej kojarzy i od razu wpadło mi do głowy, że z „żurawim krzykiem”, bo tu żurawie maja swoje miejsca lęgowe. Teraz ich już nie ma, bo poleciały do ciepłych krajów, ale gdy są to nie dają o sobie zapomnieć
Mam wrażenie, że wszystko, co wychodzi spod rąk Wioletty jest rewelacyjne. Ma fantazję w gotowaniu i przygotowywaniu nieco mniej spotykanych smakołyków, a co najlepsze dodatkowo zdrowych. Moje serce podbiły ciastka cytrynowo tymiankowe, ale pasty z ciecierzycy czy bakłażana okazały się również rewelacyjne.

Żurawi krzyk widok
– Wiesz ja mam taki problem przez całą podróż, że niemal wszędzie mnie karmią na śniadanie chlebem i wędlinami czy serem, a ja muszę na śniadanie mieć płatki górskie i owoce. – Przyznałam.
Wioletta się roześmiała i wyciągnęła z szafki woreczki płatków owsianych.
– Tego u mnie w domu nigdy nie brakuje.
Owsianka z owocami, orzechami, siemieniem lnianym to jedno z jej ulubionych kompozycji śniadaniowych. Okazało się, że w kwestii smaków mamy podobne upodobania. Rozpływałyśmy się rozmawiając o naszym ukochanym owocu, czyli mango, którym w podróży po Ameryce Środkowej potrafiłam zajadać się pięć razy dziennie i o czosnku, który jest naszą ulubioną przyprawą.
Pierogi wyszły wyśmienicie, chleb zresztą też. Nawet dostałam zakwas do domu i będę teraz sama za pieczenie chleba się zabierać, bo nie ma to jak własnoręcznie zrobiony.

Ciastka cytrynowo-tymiankowe
Wieczorkiem, gdy siedziałam w pokoiku, usłyszałam puknięcie do drzwi, gdy wyszłam na zewnątrz, znalazłam karteczkę z informacją „W prezencie dla Pani Anity” i okrągłą blachę. Odkryłam górną jej część i znalazłam dwie pyszne pachnące i jeszcze ciepłe bułeczki z niespodziankami. Jeden z piękniejszych prezentów jaki mogłam dostać, bo taki naprawdę od serca i z sercem zrobiony.

Gdzie byłam, z czego korzystałam

Agroturystyka „Żurawi krzyk” w Radowie Małym