To historia wyboru Szczecina z miłości i rozsądku. Zadecydował dobry dojazd do Berlina i nad morze, bo miasto leży na granicy… A to jest miłość Polki i Niemca. Karolina urodziła się w Kępnie pod Wrocławiem, ale studiowała i pracowała w Łodzi. Christian Maiwald pracuje w Berlinie. Postanowili zamieszkać pośrodku – wybrali Szczecin.

 

Karolina ukończyła dwa fakultety. Szukała pracy zgodnie z wykształceniem, ale od przeznaczenia nie uciekniesz. W każde wakacje pracowała w lodziarni u taty. Znała dobrze tatowe receptury wypracowywane przez 30 lat. Wraz z Christianem zdecydowali się na otworzenie lodziarni Marczak w Szczecinie, korzystając z rodzinnych doświadczeń. Cztery lata temu zaczynali w niewielkim pomieszczeniu, a dziś zajmują kilkaset metrów kwadratowych w centrum miasta. Szczecin stał się ich miejscem na ziemi, tu przyjdzie na świat ich dziecko.

 

Karolina Marczak na swojej stronie wyznaje:

 

Zbyszek, mój tata zanim rozpoczął pracę z lodami, był nauczycielem. Jeszcze do niedawna ja również byłam lektorką języka angielskiego. Przyszedł czas na zmiany i dalej chcę robić coś z pasją i sercem, coś co da mi radość, ale co w przeciwieństwie do uczenia stworzę w jeden dzień a nie w kilka lat. Wracam do tego w czym wzrastałam, do tego, czego zawsze zazdrościły mi koleżanki i koledzy. Wracam do lodów, których, odkąd pamiętam dobry smak zawsze był obecny w domu. Dopiero teraz jest we mnie gotowość docenienia jakości jaką wypracował przez tyle lat tata. Wraz z Christianem otworzyłam lodziarnie w Szczecinie by kontynuować i rozwijać rodzinną tradycję. Dzielimy się tym co sprawia, że ludzie milkną i są szczęśliwi. Choćby przez chwilę.

 

– Niektórym może wydawać się, że produkcja lodów jest prosta, ale tajemnica polega na odpowiednich proporcjach składników i przestrzeganiu procedury przyrządzania samej bazy. Podobnie jak przy robieniu ciasta, wszystko musi być dodane w odpowiednim momencie – mówi Karolina Marczak. – Bazę lodową przygotowuję sama, zgodnie z recepturą taty, którą znam tylko ja.

 

Dopiero później pracownicy przeprowadzają kolejne procesy produkcji, by na samym końcu dodać ekstrakt smakowy. Jednak nie mieszają całości w maszynie, lecz ręcznie – co powoduje, że smak takich lodów jest bardzo specyficzny, gdyż nie jest to dokładnie zmiksowana masa. Dzięki temu struktura, kolor i smak nie są ujednolicone, ale zróżnicowane.

 

– Dominuje u nas klasyka, a więc wiśnia w śmietanie, jagoda, wanilia, czekolada – podkreśla Pani Karolina. – Wszystko przygotowujemy na miejscu. Dopiero niedawno wprowadziliśmy nowe smaki, takie jak: masło orzechowe z czarną porzeczką, ziarno tonka z powidłami śliwkowymi i orzechami, sernik z malinami, japońska herbata matcha z suszoną wiśnią. Trzeba klientów czasami zaskakiwać, ale nie eksperymentujemy. Rekordy popularności bije kajmak z solą. Niektórzy specjalnie przyjeżdżają do nas, by zjeść konkretny smak lodów, a gdy go akurat nie ma, potrafią być bardzo rozczarowani.

 

Klienci, będąc w lokalu lub przy stolikach na zewnątrz, przez duże szyby mogą podglądać cały proces produkcji – nie ma potrzeby zasłaniania szyb, a wręcz przeciwnie, właściciele są zadowoleni, gdy klienci podglądają. Czasami nawet poczęstują stałych bywalców akurat przygotowywanymi lodami, by zorientować się czy wszystko zostało dobrze zrobione, zanim trafi do sprzedaży.

 

Moją uwagę przykuły wyjątkowe grafiki na ścianie. Kilkanaście sztuk, a wszystkie o tematyce lodowej. Pani Karolina niezbędnych do ekspozycji zdjęć czy grafik nie szuka na tanich stockach w internecie, lecz zleca ich wykonanie polskim i niemieckim ilustratorom. W lodziarni znajduje się m. in. grafika Bartosza Kosowskiego, który otrzymał w zeszłym roku trzy złote medale od amerykańskich stowarzyszeń ilustratorów, w tym dwa za plakat do filmu „Lolita” w reżyserii Stanleya Kubricka. Jest też ilustracja Bartłomieja Kociemby, znanego polskiego grafika urodzonego w Szczecinie. Sztuka ilustracji przeplata się tu ze sztuką przyrządzania smakołyków lodowych.

 

Od dawna nurtowało mnie jednak pytanie, czy od lodów można przytyć? Tym bardziej od takich, na których produkujący je rzemieślnicy nie oszczędzają i nie sprzedają 80% powietrza. Przecież lody wydają się być bombą kaloryczną.

 

– Lody nie są tak mało kaloryczne jak nam się wydaje – potwierdza Katarzyna Piotrowska, sportowa dietetyczka Pogoni Szczecin, Arkonii i siatkarek Chemika Police. – Wprawdzie są opinie, że lody są kaloriami ujemnymi. Niektórzy twierdzą, że jedząc gałkę więcej energii spalamy na ogrzanie organizmu wynikłe z oziębienia, niż przyjmujemy kalorii. Łatwo to jednak sprawdzić, bo żeby ogrzać do temperatury naszego ciała porcję ok. 50-gramową, potrzebujemy ok. 5 kcal, a zjadamy ok. 150 kcal. Bilans wychodzi dodatni. Ponadto, przy produkcji lodów następuje połączenie tłuszczu i cukru, więc może okazać się to dosyć zgubne dla naszej wagi.

 

Jak widać, raczej nie możemy oczekiwać cudów od diety lodowej. Jedząc lody musimy liczyć kalorie i najlepiej uprawiać sport!

 

Marcin Parcheta, zawodnik i trener muay thai oraz kickboxingu, dziesięciokrotny mistrz Polski i pięciokrotny mistrz świata, zachęca do trenowania sportów walki. Marcin zaczął swoją przygodę z tymi dyscyplinami w 2001 roku.

 

– Jestem lokalnym patriotą, urodziłem się w Szczecinie i pewnie tu umrę. Mam Gryfa w sercu i dwa Gryfy w logo klubu, kocham to miasto – wyznaje sportowiec.

 

Spotkaliśmy się na treningu w sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 22, przy ulicy Królowej Jadwigi. Wszyscy ćwiczyli intensywnie. Zorientowałem się, że wśród kilkudziesięciu osób już zaawansowanych, trenuje również kilku nowicjuszy. Marcin przygotowywał się akurat do pojedynku, jaki miał stoczyć z belgijskim mistrzem Sinanem Durmazem, podczas charytatywnej gali sportów walki w Stepnicy. Dochód z walk i aukcji przeznaczony został na leczenie chorej Marcelinki. Szczecinianin nie dał przeciwnikowi żadnych szans – nokaut w drugiej rundzie. Uzbierano 22 tysiące złotych.

 

– Sporty walki w Polsce z niezrozumiałych powodów traktowane są jako niszowe, kojarzone z agresją – tłumaczy Marcin – a jest to tylko forma aktywności fizycznej. Już 45-minutowy wysiłek fizyczny powoduje wytwarzanie przez organizm endorfin, czyli hormonów szczęścia. Tak więc po treningach odczuwamy zadowolenie – nawet jeżeli mieliśmy depresyjny dzień. Każdy powinien ćwiczyć chociaż trzy razy w tygodniu. Sporty walki, to nie jest żadna agresja, taki sport uczy pokory, bo tu wszystko zależy od tego, czy zawodnik będzie regularnie trenował, przestrzegał diety i zdrowego stylu życia. Przyszedł do mnie kiedyś chłopak, który ważył 135 kg, a po roku treningów ważył już 105. Miał tylko problemy z wymianą ubrań. Zaszczepiony został w nim sport. Teraz biega, trenuje – ruch zmienił jego życie. Nasze treningi są bardzo intensywne, a sporty walki wymuszają regularność ćwiczeń i wytrwałość.

 

W ubiegłym roku wśród 50 trenujących było 15 kobiet w różnym wieku. Najstarszy mężczyzna trenujący w klubie Nak Muay Szczecin ma 56 lat. Umówiliśmy się z Marcinem, że na początku sezonu przyjdę na kilka spotkań. Trzeba dbać o siebie – szczególnie jedząc lody.

 

 

 

Zdjęcia i tekst autorstwa Jarosława Gaszyńskiego

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć tych opcjiHTML i narzędzi:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>