Moryń to niewielkie miasto, ale atrakcyjne, nie tylko dla turystów, lecz przed wszystkim dla mieszkańców, którzy
zawsze o nie walczyli.
Na środku rynku w centrum miasta stoi kamienna fontanna z rakiem. Według legendy niegdyś to właśnie Rak – odważny mieszkaniec, uratował Moryń przed oblegającym mury najeźdźcą poświęcając swoje życie dla ocalenia grodu. Młodzieniec wydostał się z oblężonego miasta, by sprowadzić pomoc, a wracając z dobrą wiadomością o nadchodzącej odsieczy został złapany przez wroga. Wyprawa ta skończyła się dla Raka śmiercią, lecz zanim zginął zdołał krzyknąć, że pomoc jest w drodze i by mieszkańcy wytrwali w obronie, wyzwalając w nich otuchę, chęć do walki i nadzieję na ratunek.

 

Moryń leży nad jeziorem Morzycko, przy którym znajduje się atrakcyjne kąpielisko. Jak podkreśla oprowadzający mnie przedstawiciel miasta, Sławek Jasek, to jedyne w powiecie kąpielisko o wysokim standardzie – obecnie ma cztery gwiazdki, a włodarze starają się o piątą. Można tu wypożyczyć sprzęt wodny i kosze plażowe, o bezpieczeństwo dbają ratownicy, nieopodal jest niewielka pizzeria. Moryń znalazł się na szlaku planowanej Pojeziernej Trasy rowerowej, która wiodła będzie przez całe województwo. Przez gminę przebiegać będzie jej 13-kilometrowy odcinek. Kolejną ciekawą inicjatywą jest powstający geopark, czyli park tematyczny związany z geologią – Aleja Gwiazd Plejstocenu. Spacerując brzegiem jeziora można podziwiać imponujące modele zwierząt z epoki plejstocenu w skali 1:1. Ulokowane między drzewami groźne, olbrzymie figury wyglądają bardzo realistycznie.

 Wracając do miasta musimy przejść obok kamiennego XIII-wiecznego kościoła pw. św. Ducha. Po zabytku oprowadził mnie jego proboszcz, który pokazał mi niektóre ocalałe relikty. Zwrócił uwagę na ołtarz, ale mój wzrok przykuł element muru – kamień z charakterystyczną szachownicą. Jak powiadają niektórzy, to znak znajdujący się na wielu kościołach, który ma być wskazówką do znalezienia ukrytych skarbów.

 

Po wizycie w kościele dotarliśmy wreszcie do lodziarni „Lucynka” znajdującej się przy rynku. Właściciel, Pan Krzysztof Gręda sam przygotowuje wszystko od początku do końca – od receptury, przez wyrabianie masy lodowej, aż po kreowanie smaku. Do produkcji lodów używa tylko sprawdzonych produktów najlepszych włoskich firm oraz świeżych owoców od sprawdzonych i atestowanych dostawców. Lodziarnia „Lucynka” w Moryniu istnieje już drugi sezon, ale jest to filia „Lucynki” z Mieszkowic, która działa od 1991 roku. Na początku była to cukiernia, którą prowadził ojciec Pana Krzysztofa, ale lody cieszyły się ogromnym powodzeniem i to dzięki nim „Lucynka” stała się znana w okolicy. Początki były trudne, ale dzięki ciężkiej pracy do dziś możemy cieszyć się smakiem tutejszych smakołyków.

 Najczęściej klienci wybierają lody krówkowe lub bardziej tradycyjne – o smaku tiramisu, wanilii, śmietany. W stałej sprzedaży jest około 18 smaków. Bestsellerem są lody czekoladowe z wiśnią w alkoholu. Owoce przygotowuje mama pana Krzysztofa. Po drylowaniu wiśnie leżakują kilka lat w alkoholu. Podawane do lodów czekoladowych smakują wyśmienicie. Na początku sezonu na lody przychodzą głównie mieszkańcy, ale w sezonie dominują turyści.

 Po porcji lodów (zjadłem osiem smaków) czas na aktywność. Razem ze Sławkiem ruszyliśmy na półwysep do którego prowadzi jedna droga. To specyficzny cypelek, gdzie niegdyś znajdowało się grodzisko groźnego zbója, a dziś mieści się ośrodek sportów wodnych „Szafir”, którego zarządzającym jest Marek Kolbowicz, wioślarz olimpijski. Spotkałem go podczas pracy. Opowiadał mi z entuzjazmem o tym miejscu – jest tu pomost z żaglówkami, wypożyczalnia sprzętu kajakowego i windsurfingowego, a całość daje możliwość uprawiania sportów wodnych i wypoczynku w strefie plażowej. W innej części ośrodka znajdują się boiska do gry w piłkę, korty tenisowe, boisko do siatkówki i koszykówki – wszystkie oświetlone, zatem można korzystać z nich nawet wieczorem. Wisienką na torcie jest wyciąg do wakeboardu, uznawany przez Marka za najatrakcyjniejszy w naszym regionie. Jego położenie sprawia, że jest doskonałym miejscem do obserwowania wakeboardzistów wykonujących skoki.

 Na koniec wspiąłem się na górę, gdzie dawniej znajdowało się grodzisko. Tam z Markiem Kolbowiczem jeszcze chwilę porozmawialiśmy o olimpiadzie Rio 2016. Marek jako były olimpijczyk ma swoje typy na medale i jest przekonany, że polskie osady znajdą się na pudle.

Zdjęcia i tekst autorstwa Jarosława Gaszyńskiego.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć tych opcjiHTML i narzędzi:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>