Słoń Trzebiatów

„Spacer szlakiem słonia” – przeczytałam na rozpisce atrakcji, którą dostałam od organizatorów. O co chodzi z tym słoniem?, zastanawiałam się. Skąd słoń w Trzebiatowie?

Gdy podczas porannego biegu, na jednym z budynków ujrzałam graffiti, przedstawiające słonia ze szpikulcem w trąbie, pomyślałam: „O, nie! Jeśli ja mam iść w miejsca, w których męczą jakieś zwierzęta, będzie bunt!”

Buntu jednak nie było.
– To, o co chodzi z tym słoniem? Co słoń ma wspólnego z Trzebiatowem? – zapytałam Krzysztofa Kubackiego, inspektora ds. promocji miasta.
Siedzieliśmy w gabinecie burmistrza, z widokiem na piękną gdańską szafę, która specjalnie do gabinetu burmistrza w Trzebiatowie była robiona.
– Nie każdy turysta trafia w to miejsce – zapewnił Krzysztof i od razu poczułam się bardziej zaszczycona. – A do słonia, dojdziemy.

Zwykle historie miast i miejsc obrastają w liczne legendy. Mniej lub bardziej ciekawe. Ze zdziwieniem i zaskoczeniem musiałam przyznać, że historia Trzebiatowa i słonia pochłonęły mnie całkowicie.
– No więc było to tak…
W 2007 roku skradziono obraz Rembrandta „Adam i Ewa”. Zrobiło się o tym głośno w mediach. Wiele osób poznało wówczas obraz. Również jeden z gryfickich miłośników i badacz historii lokalnej, który w rogu obrazu zauważył wizerunek słonia. Takiego samego słonia ów badacz znał z sgraffito (technika malowidła ściennego) na jednej ze ścian budynku w Trzebiatowie. Rycina Rembrandta była o rok młodsza od rysunku z Trzebiatowa. Zaczęło się śledztwo, które przyniosło rozwiązanie zagadki w postaci historii słonia. Słoń jak się okazało, a właściwie słonica o imieniu Hansken przywędrowała z Cejlonu jako podarunek dla holenderskiego księcia. Książe szybko znudził się nową „zabawką” i przekazał ją dalej, aż w końcu trafiła w ręce tzw. Pana Słonia, który nauczył słonicę aż 36 sztuczek cyrkowych (ponoć jest to ewenement, ponieważ słonie zwykle są w stanie opanować do dziesięciu sztuczek). Słonica opanowawszy triki podróżowała ze swoim panem w latach 1638-1640 po Rzeszy Niemieckiej i Danii i w 1639 roku trafiła też do Trzebiatowa, bowiem to z tego roku pochodzi sgraffito. Hansken była słynna na całą Europę, co sprytnie w dzisiejszych już czasach postanowili wykorzystać mieszkańcy miasta do jego promocji. Za tym wszystkim stoi oczywiście Krzysztof, który historię miasta mi przybliżał.
– Nieskromnie mówiąc, to był mój pomysł. – powiedział. Było jednak widać, że nie lubi się chwalić i zdanie to niełatwo przeszło mu przez gardło.
Niesłusznie zupełnie, bowiem jest czym się chwalić Byłam pod ogromnym wrażeniem pomysłowości. Bo co jak co, ale miast, miasteczek, ruin, kościołów, zabytków, wież itd. itd. widziałam już w swoim życiu od groma. Większość z nich zlewa się w mojej pamięci w jedną całość. Po chwili już zapominam, w którym miejscu, który kościół czy pałac był. Historia słonicy wciągnęła mnie do tego stopnia, że Trzebiatów na sto procent zostanie w mojej pamięci na długo.
– Słoń słoniem, a czas zagrać w bule. – Zadecydował Krzysztof. – Musisz trochę potrenować przed jutrzejszymi zawodami.
– O zawodach to ja wiem, ale czyżbym została mianowana zawodnikiem?
Krzysztof potaknął. Hmm, o tym nie wiedziałam.

***

Rega, kajaki

– Przyglądaj się. Nie machaj, ja będę. Ty wypatruj. – Zarządził Jurek.
Tak, ten sam Jurek, który poprzedniego dnia gonił mnie pod zasiekami. Dziś siedział na tyłach kajaka. Wiosłował i w razie czego miał mnie ratować z wody. W końcu jest ratownikiem WOPR-u.
– Widzisz ile tu potłuczonych naczyń? Niektóre nawet mają jeszcze wymalowaną swastykę.
Faktycznie, dno rzeki Regi, którą płynęliśmy usiane było kawałkami szkieł, ceramiki.
– Nikt tego nie zbiera? Może do jakiegoś muzeum by się nadało? – zapytałam.
– W takim stanie, to się już nic tu nie nadaje.

Rzeka Rega okazała się idealna na spokojny spływ kajakowy. Nawet wiosłować prawie nie trzeba było. Płynęliśmy z prądem. Słońce przypiekało, a my wolniutko sunęliśmy w stronę miasta. Jurek opowiadał historie związane z wojskiem i jego pasją, między innymi o kajakach właśnie.
– To idealne miejsce na spływy zwłaszcza rodzinne, z małymi dziećmi.
I faktycznie było. Ogarnął mnie błogostan (zwłaszcza, że nie musiałam specjalnie wiosłować).
– Dobra, chyba jednak pomacham trochę tym wiosłem – stwierdziłam, gdy zbliżaliśmy się do jednego z mostów, na których miała czekać ekipa filmowa, kręcąca filmy promocyjne Pomorza Zachodniego. – Żeby nie było, że się obijamy.
Potem już Jurek nie dał mi się obijać. Razem z Darkiem wzięli mnie i ekipę filmową, złożoną z Magdy i dwóch Marcinów w obroty. To był już mój drugi dzień z ekipą Kajtur Event. Po nocy na sianie, nie miałam zbyt wiele energii, ale chłopaki nie pozwalali na marudzenie.
– Ruszaj żołnierzu!!! – Darek krzyczał, aż uszy bolały. – Góra! Dajesz!!!

Żyroskop
Czwórka ciągnęła mnie na linie, bym wdrapała się na drzewo. Stamtąd tyrolką zjeżdżałam w dół. Tyrolka to dla mnie nie pierwszyzna, więc może z jedno dłuższe „aaaa!!!” wymsknęło mi się. Adrenalina jednak jak zawsze trochę była. Na „poligonie” u Darka wypróbowałam chyba wszystkich atrakcji. Był żyroskop, była jazda w „alkogoglach” (symulujących jazdę pod wpływem alkoholu), było nawet szukanie skarbów z wykrywaczami metali.
– Mam nadzieję, że podobało ci się i że dobrze nas zapamiętasz? – Upewnił się Darek, gdy już z Krzysztofem zbierałam się do Mrzeżyna, gdzie następnego dnia miałam grać w bule.
– Bardzo dobrze. – Zapewniłam. – Takie doświadczenie wojskowe może mi się jeszcze przydać.
Okazało się, że nawet jeszcze tego samego dnia, czego się nie spodziewałam.

Apartamenty za Regą
– Jeśli chce się pani dostać na plażę, to idzie pani tam prosto, obok budki wojskowej – powiedziała dziewczyna z recepcji Apartamentów za Regą. Trzeba się wspiąć na górę i potem lasem dalej. Trochę taki poligon tam. – Ton jej głosu był nieco przepraszający.
– Nie ma sprawy. Drugi dzień z kolei miałam już atrakcje surwiwalowo-militarne, więc jestem do tego przygotowana.