Na ognisko zaprosił mnie pan Jerzy, właściciel Ekolandu. Siedziałam wic pryz rozświetlających noc płomieniach i rozgrzewałam się w ich cieple. Było przyjemnie. Noc była chłodna nad jeziorem, ale niebywale gwiaździsta. Wszystkim przy ognisku i grillu było wesoło, za wyjątkiem mnie. Czekałam jak na skazanie. Pomysł z nocnym nurkowaniem nie przypadł mi do gustu. Obawiałam się już nawet tego dziennego, choć chciałam spróbować. Nurkowanie po ciemku i na zimnie nie wydawało się takiemu „zmarzluchowi” jak ja atrakcją. O 21 wolałam stanowczo leżeć już w ciepłym łóżku.

– Ty dziewczyno nigdzie nie idź i nie właź do żadnej wody. – Przekonywał pan Jerzy, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

– Zobaczymy kto przyjedzie z bazy. Ja mu powiem, że nigdzie do żadnej wody nie idziesz.

Takie wsparcie ze strony sympatycznego właściciela dodawało mi otuchy. Czułam się u niego w ośrodku niemal jak w domu. Nawet lepiej, bo z pięknym widokiem na jezioro Siecino i z cudowną panią Dorotą, która również bardzo o mnie dbała.

– Ty naprawdę chcesz nurkować? – Pytała zaskoczona Ania, która też siedziała przy ognisku.

– Nie chcę – Przyznałam szczerze.

– No to po co to robisz? – Zdumiała się.

– Taka praca.

W skrócie wyjaśniłam „ogniskowej ekipie” swoje zadanie. Zrozumieli, ale zgodnie przytaknęli, że na nocne nurkowanie w takie zimno, by nie poszli.

– Pochorujesz się. Odpuść i daj spokój. – Przekonywali.

Miałam nadzieję, że jednak nikt po mnie się nie zjawi.

– Dajemy studencki kwadrans – zaproponował pan Jerzy. Kwadrans nie zdążył jednak upłynąć.

– Trzymamy kciuki i czekamy na ciebie. Złów nam jakąś sielawkę!

Rafał, właściciel Shark Dive nad jeziorem Siecino był zaskoczony, że to mój pierwszy raz z nurkowaniem. Nie miał pojęcia też, że tak bardzo boję się głębokiej wody. Przekonywał jednak, że nie ma się czego bać i że i tak za pierwszym razem to raczej będę się uczyć oddychać pod wodą. Musiałam najpierw poczuć się pewnie. Najpierw samo zanurzenie głowy, potem przyklęknięcie na dnie i w końcu po pewnym czasie położenie się na brzuchu. Latarką rozświetlałam ciemność, płosząc ryby. Zaczynałam oddychać coraz swobodniej i oswajałam się z wodą, a ryby ze mną. Podpływały w większym stadzie i przypatrywały mi się z zainteresowaniem. Rafał dał znak, bym się wynurzyła. Cały czas operował ilością powietrza w kamizelce, która to się nim napełniała, gdy się wynurzałam, to się go pozbywała, bym mogła opaść na dno. Nie popłynęliśmy nigdzie daleko. To było moje pierwsze nurkowanie, a takie nocne jest przeznaczone dla osób już z jakimś doświadczeniem.

– Nie ma jednak wstydu – przekonywał Rafał na koniec. – Miałem osoby, które na kursie podstawowym przez cztery dni nie wyszły nawet na platformę, tylko leżały przy pomości pod wodą i zbierały odwagę, oswajały się. Okazało się też, że często dla osób, które już nurkują, nocny wypad na początku okazuje się barierą.

Z Rafałem w roli instruktora czułam się bardzo bezpiecznie. Żałowałam, że nie mogę popłynąć dalej, zejść na te osiem metrów, gdzie leży trabant. Może kiedy indziej, może następnym razem. Bo to, że następny raz będzie jest niemal pewne. Jakaś kolejna granica mojego strachu została przekroczona, ale jeszcze kilka ich do przekroczenia zostało.

***

– Gaz, gaz, gaz – krzyczał Piotr, a ja dociskałam, ale jak się okazało niewystarczająco. Zakopaliśmy się w błocie.

– No to teraz zobaczysz prawdziwy off-road. Piotr zabrał się za wyciąganie lin i przymocowywania jej do drzewa. Wskoczyłam z powrotem za kierownicą.

– Powoli i na prawo! – Komenderował Piotr.

Tak też robiłam. Jazda na cztery koła była rewelacyjna. Samochód udało się wyciągnąć, choć finalnie to Piotr docisnął fest pedał gazu. – Tak to się robi! – Zauważył Marcin, filmowiec.

– Teraz już wiem.

Trochę bałam się porządnie dodać gazu, zwłaszcza, że jak się okazało, właściwie niezauważenie uszkodziłam samochód. Niezauważenie, bo nikt z nas nie wiedział, kiedy i jak mogło się coś takiego stać. Piotr wyskoczył by coś naprostować (nie pamiętam fachowej nazwy) i usłyszałam rozpacz w jego głosie. Wiedziałam już, że coś przeskrobałam. Piotr jednak zachował twarz i nawet nie okazał mi cienia wściekłości czy choćby lekkiego zdenerwowania. Przez niemal całą długość samochodu ciągnęło się spore wgniecenie i zarysowanie tak, jakby ktoś przejechał kawałkiem grubego metalu wzdłuż samochodu. To chyba jakiś korzeń musiał być, padło. Ale kiedy i gdzie?

– Nie jesteś zły? – Zapytałam Piotra, wiedząc, że na pewno powie nie.

Tak też powiedział i ani powieka mu nie drgnęła.

– Będzie klepanie i tyle – powiedział.

A ja spytałam czy na pewno chce bym siadała dalej za kierownicę. Piotr był odważny i kazał jechać mi dalej. Ale i tak wiedziałam, że był zły. Kto by nie był?

DSC_9970

A w ogóle to Piotr Letki jest prezesem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Turystyczno-Historycznego. Pasjonuje się od kilku lat off-roadem i właśnie ten off-road chcieliby w Bornym Sulinowie promować i zachęcać turystów do korzystania. Według mnie to genialna zabawa. Już kiedyś o off-road ciutkę zahaczyłam i to mi wystarczyło, by się przekonać, że stanowczo jest to zabawa dla mnie. Jest adrenalina, jest jazda, choć wcale niekoniecznie szybka. Tu liczy się często bardziej technika, właściwe rozpoznanie terenu i czasem dociśnięcie pedału gazu.

Jazda samochodem to jedno, ale teren, w którym jeździliśmy był również nie byle jaki. Jeździliśmy wzdłuż fortyfikacji Wału Pomorskiego, który ogólnie liczy trzysta kilometrów. Na tej długości można odnaleźć blisko tysiąc bunkrów. Do jednego z nich na Górze Śmiadowskiej weszliśmy, przemierzając korytarze, które według niektórych turystów pełne były nietoperzy (my żadnych nie widzieliśmy) No dobra, ale teren, po którym jeździliśmy to jedno, a frajda z jazdy dla mnie to, co innego. Gdybym mogła to jeździłabym tak cały dzień. Byłam jednak pewna, że po tej pierwszej przejażdżce Piotr już więcej do swojej „terenówki’ mnie nie wpuści 😉 (A bym jeszcze z chęcią pojeździła)

***

Fragment Wału Pomorskiego, po którym jeździliśmy znajduje się w okolicy Bornego Sulinowa. Miejscowości, która leży nad pięknym jeziorem Pile i jeszcze do 1992 roku była użytkowana przez Rosjan, jako zaplecze koszarowe. 5 czerwca 1993 nastąpiło uroczyste otwarcie miasta, a 2 października uzyskało ono prawa miejskie. Dziś mieszka tu około czterech tysięcy mieszkańców. Historia miasta została mi przedstawiona dość dokładnie. Moim przewodnikiem został pan Rajmund Prus, organizator turystyki w Borne Sulinowo, były oficer, człowiek, który tu, wśród Rosjan się wychowywał. Zaczęliśmy naszą wycieczkę od Izby Muzealnej, gdzie pan Dariusz Czerniawski w skrócie opowiedział nam historię, pokazując najważniejsze eksponaty, dokumenty i fotografie. A potem już zrobiliśmy rundkę po mieście, zajeżdżając do wielu ważnych punktów, m. in. do miejsca, gdzie można znaleźć pozostałości willi Heinza Guderiana, do kasyna oficerskiego, a także nad brzeg jeziora, gdzie mogłam rzucić okiem na „tajemniczą wyspę”, na temat, której krążą mity i legendy (jej część zapadła się do jeziora), a na koniec jeszcze mogłam postrzelać .

Kompas artyleryjski

W Bornym Sulinowie zostałam ugoszczona w gościńcu Rossija, zlokalizowanym na terenie dawnej bazy wojskowej. Co ciekawe w latach 1935-1945 tutaj znajdowały się kwatery niemieckich oficerów, a w latach 1945-1992 kwatery radzieckich oficerów.

Celowanie

Właściciel, pan Zbigniewa Konieczny, nie tylko zaplanował najbliższe dwa dni mojego pobytu w Bornym Sulinowie, ale uraczył przepysznymi i tradycyjnymi daniami kuchni ukraińskiej: barszczem ukraińskim, pielmieni oraz gruzińskim pilawem, przygotowanym przez „duszę” tego lokalu, panią Anię, rodowitą Ukrainkę. W restauracjach tematycznych zwykle brakuje jakiegoś elementu. A to, jeśli są dania i wystrój nawiązujące do danego kraju, to w tle słychać jedną z popularnych radiostacji w Polsce, zamiast muzyki z regionu. W Restauracji Rossija jest wszystko. Są dania kuchni wschodniej, w tle słychać śpiew i granie wschodnich kapel, wystrój jest dopasowany i nawet pan Zbigniew z Anią ubrali się w odpowiednie stroje (pan Zbyszek miał na sobie mundur kozacki). Wszystko idealnie dograne i dopracowane. Profesjonalizm w każdym calu.

 DSC_0044

Gdzie byłam, z czego korzystałam:

Nurkowanie w Shark Dive nad jeziorem Siecino

Góra Śmiadowska w Borne Sulinowo

Zwiedzanie Borne Sulinowo

Off-road z Jazda 4×4

Nocleg i jedzenie:

Gościniec Rossija – klimatyczne miejsce, z właścicielem-pasjonatem. Pyszne jedzenie, przygotowywane przez panią Anię, rodowitą Ukrainkę. Naprawdę niepowtarzalny klimat i doświadczenie nie tylko kulinarne