– Może pan powtórzyć tę datę? – Poprosiłam pana Marcina Burdzieja, archeologa z Muzeum Archeologiczno-Historycznego.

– Ale niech pani tego nie pisze – Przekonywał. – Zamiast takich faktów, lepiej o odczuciach napisać.
Pan Marcin miał rację. Suche fakty historyczne, daty, to coś, co często ludzi odstrasza. Najciekawsze są zawsze jakieś smaczki i historie. I takich smaczków trochę zostało mi sprzedane. Oglądanie muzealnych eksponatów, które nic specjalnie dla nas nie znaczą, bywa nużące, ale nie to z opisami pana Marcina. Oglądaliśmy więc dawne grzebienie, które okazało się, że wcale nie służyły do czesania włosów niewiast, ale do wyczesywania wesz. Rekonstrukcję stargardzkiej szafy, czyli narzędzia tortur, które według zapisków było stosowane w Stargardzie podczas procesu bandy rzezimieszków w 1776 roku. Oryginalny miecz katowski, którym nie ścinano byle kogo, bo śmierć od ścięcia tym mieczem była śmiercią honorową i trzeba było sobie na nią zasłużyć. Jednym ze smaczków była srebrna szkatułka zamykana na kluczyk, która wbrew pozorom wcale nie spełniała roli skrytki na kosztowności, lecz na… cukier, który w sumie kosztownością wówczas był. Było to dobro luksusowe, które przed dzieciakami trzeba było zamykać na klucz. Nie trzeba było za to na klucz zamykać piwa. Jeszcze na początku XX wieku w Stargardzie było czynnych dwadzieścia browarów. Wcześniej było ich nawet czterdzieści. Dziś nie ma żadnego, ale w tamtych czasach, piwo było podstawowym napojem z tego względu, że woda ze studni nie była zdatna do picia i piwo podawano nawet najmłodszym pociechom.

– A to jest trzewik damski – zaprezentował pan Marcin, zwlekając z odpowiedzią, gdzie go wydobyto.

Cukiernica
– Archeologa nazywa się śmieciarzem na śmietnisku historii – Wyznał w końcu, czym od razu wzbudził moje zainteresowanie.
Okazało się, że największe skarby zwykle znajduje się w latrynach.
– Latryna to jest skarbiec dla archeologa – podsumował pan Marcin, pokazując jeszcze kilka innych eksponatów w takich miejscach właśnie znalezionych.
Pan Marcin przyznał, że nie jest to łatwa praca i na pewno nie taka jak wielu młodych ludzi myśli, że jest (myśli o studiowaniu archeologii i mnie kiedyś przez głowę przemknęły, bo wydawało mi się, że będę Indiana Jones w spódnicy szukającą skarbów po dżunglach)
– Praca archeologa to ciągłe kopanie. Ale praca jest magiczna, tylko nie jest to taka magia spektakularna – Wyznał nasz przewodnik po Stargardzie (nie Starogardzie, co wciąż cisnęło mi się na usta)
Opowiedział nam też o swoich magicznych chwilach, tych, w których znajduje się skarb. Marcin dwukrotnie trafił na „kapsułę czasu”. Pierwsza była piwnicą z naczyniami, narzędziami ogrodniczymi, kaflami, a druga była strażnicą z przedmiotami związanymi z militariami.

Hologram w muzeum
W Stargardzie odnaleźć można wiele zabytków, do których po kolei zaglądaliśmy, zaczynając od Baszty Morza Czerwonego, najwyższej w Stargardzie wieży (34 m), bo to z niej był najlepszy widok na całe miasto. Była Brama Młyńska – jedyna taka „przerzucona przez rzekę” (położona nad korytem rzeki), Baszta Białogłówka, w której wbrew nazwie wcale nie więziono żadnej Białogłowy (mi się od razu w ten sposób skojarzyło, podczas gdy nazwa pochodzi od białego czubka baszty).
– Wiem, że każdy tak mówi, że taki jak w ich miejscu to jest jedyny i wyjątkowy – powiedział pan Marcin – ale ten naprawdę jest jedyny w swoim rodzaju.
Staliśmy przy Kościele Mariackim, który ponoć rozmachem i zdobieniami bije wszystkie inne kościoły na głowę. Zgodnie z tym, co mówił Marcin Burdziej, Filip Hainhofer humanista i podróżnik, autor dzienników podróży napisał kiedyś, że na Pomorzu są tylko trzy kościoły, które trzeba zobaczyć. Jednym z nich był właśnie Kościół Mariacki w Stargardzie.

Kościół Mariacki zdobienia
– Faktycznie ten kościół jest wyjątkowy – potwierdziłam. – Na pewno go nie zapomnę – Obiecałam, dysząc i stękając podczas wspinaczki na wieżę, a potem podczas schodzenia z niej. Po raz pierwszy spotkałam się z taką konstrukcją schodów, zakręcanych w odwrotną stronę niż zwykle się to robi (albo ja tylko do tej pory takie spotykałam). Pierwszy też raz z wieży, po ceglanych schodach musiałam schodzić tyłem, bo tak było po prostu wygodniej. Kościół Mariacki w Stargardzie wbił mi się więc tym sposobem w pamięć.
– To skoro mamy trochę czasu, to zabiorę Was jeszcze w jedno miejsce – Zaproponował Marcin.

Kościół Mariacki wewnątrz
Do obiadu została nam godzina. Pojechaliśmy więc na rozstaje dróg, niedaleko Bramy Wałowej, gdzie stał wielki krzyż. – To krzyż pokutny – oznajmił pan Marcin Burdziej. – Ponoć największy krzyż pokutny na świecie.
Podobało mi się bardzo podejście naszego archeologa. Nie starał się za wszelką cenę wciskać nam mnóstwa nic niemówiących nam często informacji, nie zasypywał dziesiątkami dat i nudnymi historiami, które często mogą być tylko interesujące dla pasjonatów tematu. Starał się wyciągnąć to, co najciekawsze, żeby nie zmęczyć nas i zainteresować, zaciekawić. Taka empatia to obowiązkowa cecha dobrego przewodnika (choć Marcin Burdziej nie jest przewodnikiem).
– Jak się okaże, że ja tu marzłem na zimnie krążąc z wami po mieście, pokazując zabytki, a pani napisze post jedynie o obiedzie, to się zdenerwuję – Obiecał pan Marcin pół żartem (chociaż kto tam wie).
No, ale obiedzie napisać muszę.
Zupa krem z dyni, z imbirem, prażonymi pestkami dyni i jeszcze pewnie wieloma innymi cudnymi składnikami. Zupa Czarcia, według sekretnego przepisu i pomysłu właścicielki, pani Barbary Świątkiewicz, zrobiona z bakłażana, wędzonej papryki, z łososiem, oliwkami i innymi tajemnymi składnikami. Do tego szaszłyczki, pieczony kurczak i makaron z truflami. Jakby było mało tego dobrego to domowej roboty piwo, przygotowane przez właściciela pana Artura Słowika, który konkursy w wyrobie piwa dyniowego już wygrywał oraz nalewka z piernika. W dodatku w tle leciała przesympatyczna muzyka. Nastrój kawiarni, znajdującej się pod nieistniejąca już galerią, urządzony w artystyczno-muzycznym klimacie, nieco zaciemniony podpasował mi idealnie.

Cafe pod Galerią
– Jedzenia tu jednak nie podajemy, na co dzień – Tłumaczył pan Artur. – Jecie taki rodzinny obiad.
Zaczęłam ubolewać, bo przecież takie rarytasy nie powinny się marnować tylko na potrzeby domowe. To wręcz grzech. Okazało się jednak, że pani Barbara prowadzi catering, więc smakołyki, które wychodzą spod jej uzdolnionych dłoni cieszą też kubki smakowe postronnych i całe szczęście, bo przepisy są głównie autorskie i warte grzechu. Mi przypasowały idealnie, bo składały się w znacznej części z ulubionych przeze mnie składników: bakłażan, łosoś, imbir, czosnek, oliwki, suszone pomidory to produkty, które uwielbiam. Grzech łakomstwa popełniany przy daniach w Piwnicy pod Galerią myślę, że szybko został nam wybaczony.

Cafe pod Galerią
***
Tak, to ja mogę pisać, powiedziałam do siebie, gdy usiadłam w wygodnym fotelu naprzeciwko wielkiego okna z widokiem na staw i drzewa. Wokół żywej duszy. Jedynie stróże patrolujący teren meleksami. Wylądowałam w Golf Club Modry Las w rewelacyjnym domku gościnnym. Rozsiadłam się więc na fotelu, przykryłam miękkim kocykiem i wpatrywałam się już w „jesienniejący” krajobraz. Do pełni szczęścia brakowało jedynie ciepłej herbatki i męża przy boku. Herbatkę szybko zrobiłam, a zamiast męża przygarnęłam komputer i pogrążyłam się w pracy, co jakiś czas zerkając przez okno. W takich warunkach to naprawdę tekst sam się pisze 

Gdzie byłam, z czego korzystałam:

Zamek w Pęzinie – zespół zamkowo-parkowy, ponoć jeden z najlepiej zachowanych zamków i ponoć wyjątkowy w skali Pomorza zespół, który powstał dzięki fundacji joannitów i dwóch znacznych rodów rycerskich

Zamek w Pęzinie

Muzeum Archeologiczno-Historyczne w Stargardzie Szczecińskim

Jedzenie:
Piwnicy pod Galerią w Stargardzie

Nocleg:
Golf Club Modry Las w Raduniu

Modry Las