Dostrzegłam go już z okien samochodu i od razu stwierdziłam: „No, będzie się działo”. Już wcześniej słyszałam, że jadę do miejsca wyjątkowego i nietuzinkowego. „Czasem może nieco kiczowatego”, jak określiła koleżanka, ale na pewno miejsca z duszą i niesamowitą energią. Miejsce mogło przypominać dom z piernika, w którym mieszkała Baba Jaga. Wprawdzie ten z piernika nie był, ale był znacznie lepszy i górował nad tym na „kurzej nóżce” barwnością, kolorem i różnorodnością elementów. Niewiele może nawet się pomyliłam, kojarząc Republikę Wyobraźni (tak nazywa się hotel w Mirosławcu, w którym miałam nocować) z domkiem Baby Jagi. Danko, właściciel tego nietuzinkowego miejsca opowiadał, że wpadły do niego kiedyś dzieciaki, pytając czy mieszka tu Baba Jaga, bo tak usłyszały od rodziców. Baba Jaga nie kojarzy się jednak dobrze, za to Republika Wyobraźni tak. Nie tylko z interesującym i wciąż zaskakującym wystrojem: podwieszane łóżka, łóżka kamiennie, buty uwieszone przy suficie, krzesło oklejone guzikami, ale też z przesympatycznym właścicielem Danko, który przejął hotel po rodzicach.

Salon w Republice
– Hotel był pomysłem mamy – opowiadał. Restauracja rybna, w której jedliśmy kolację, i którą też Danko zarządza, była zaś pomysłem taty. Danko więc jest w rozjazdach między Warszawą, w której mieszka z rodziną, a Mirosławcem, w którym funkcjonuje nietypowy jak na małe miasteczko i zaskakujący w ogóle hotel Republika Wyobraźni.
O miejscu mogłabym pisać długo. Zaglądając do każdego z pokoi, przemierzając korytarze hotelu wciąż dostrzegałam nowe rzeczy i byłam prawie pewna, że każdy przedmiot w tym domu nosi w sobie jakąś historię. Historię, którą pewnie mogłaby mi opowiedzieć mama Danko i jej przyjaciółka, które to miejsce przy pomocy licznych miejscowych artystów tworzyły.

Dekoracje w Republice Wyobraźni
– To miejsce jest niesamowite. Bardzo się cieszę, że mogłam tu być i je poznać – powiedziałam na pożegnanie do Danko, zapisując kolejny punkt w notatniku – miejsc, do których muszę jeszcze kiedyś wrócić tak zupełnie prywatnie.
Ja wiem, że to nie spot reklamowy, ale też uprzedzę, że nikt u mnie „czasu antenowego” nie wykupił 🙂 Muszę jednak to miejsce polecić, bo jest wyjątkowe.
– To ja napiszę, że szukasz managera lub wspólnika, tak? – Zapytałam Danko, który faktycznie szuka kogoś, kto byłby na miejscu i zajął się hotelem.
– Napisz – powiedział.
Więc piszę 🙂
***

– Wie pani, że to ze względu na panią ten meleks – powiedział pan Andrzej Górski, prezes Lokalnej Organizacji Turystycznej w Drawnie, a mi aż gorąco się zrobiło. No, no, no! Taka odpowiedzialność.
Meleks został zakupiony docelowo jako mobilny punkt informacji turystycznej. Ma też stanowić alternatywę dla kajaków, gdy pogoda pływaniu nie będzie sprzyjać. Bo głównie ze względu na kajaki do Drawna przyjechałam. Ale najpierw był meleks, który czekał na swój pierwszy przejazd. Nawet fotele były jeszcze ofoliowane. Spotkał mnie niewiarygodny zaszczyt, bo nie dość, że pierwsza jazda, to jeszcze za kierownicą sam pan Burmistrz.

Kościół w Drawnie i meleks
Panowie obwieźli nas po całym miasteczku, pokazując ciekawe miejsca, jak chociażby kościół z krzywą wieżą, która ponoć ma taki odchył jak krzywa wieża w Pizie czy studnie artezyjskie, w których płynie bardzo dobra woda do picia. Takich studni w samym Drawnie jest kilkanaście.
– To może pojedziemy promenadą. – Zaproponował pan Andrzej, a Burmistrz ruszył z kopyta (z tym kopytem to oczywiście przesadzam, bo największą prędkość, jaką osiągnęliśmy to 35 km/h). Dojechaliśmy do początku promenady, a tam dwa słupki.
– Dawaj, mijamy je z prawej – Zachęcał pan Andrzej.
– Ale tam jest taki przechył. Nie damy rady. – Zaoponował Marcin, jeden z filmowców, który mi dziś towarzyszył. Dla Polaka takie słowa jak „nie damy rady” jednak nie istnieją.
My nie damy rady?!
Burmistrz więc słupki, które sam kazał postawić, ominął i pomknęliśmy promenadą. Była to bez wątpienia dodatkowa atrakcja, bo przecież jeździć ulicami to nuda, ale promenadą to już inna sprawa, a wjeżdżać jeszcze meleksem po schodach w górę to już wyższa szkoła jazdy.
– Chyba nie wjeżdżamy po schodach? – Wydawało mi się to pytaniem retorycznym, bo było oczywiste, że po schodach meleks nie da rady. Pojazd był jednak specyficzny, bo wzmocniony i bardziej przygotowany do jazdy terenowej.
– Czyli off-road można nim robić? – Żartowałam jeszcze na starcie.
– Bez przesady – odpowiedział wówczas pan Andrzej, nie spodziewając się, że jednak tego off-roadu szczypta będzie.
Pan Andrzej wyskoczył z samochodu i nakierowywał Burmistrza, który pokonał schody, a potem mostem ruszył dalej. My nie mogliśmy przestać się śmiać, bo co jak co, ale miały być kajaki, a o off-roadzie i to w dodatku meleksem nikt mi nic wcześniej nie wspominał. W sumie może i dobrze, bo miałam kolejną niespodziankę.
***
– Ja pod tym nie dam rady przepłynąć – Syczałam, wyginając się w dziwnych pozach, kładąc się prawie na płasko w kajaku, gdy przepływaliśmy pod kolejnym zwalonym drzewem. Bywało, że w niektórych miejscach było po dwadzieścia, góra trzydzieści centymetrów, by schować głowę i ominąć przeszkodę. Tych drzew na trasie było mnóstwo, wiele z nich chowało się też pod wodą i wówczas musieliśmy się rozpędzić, by minąć je bez problemów lub przepychaliśmy je posuwistym ruchem. Nie jestem osobą, która przepłynęła wiele rzek i może niewiele widziałam, ale spływ Korytnicą do Bogdanki zachwycił mnie. Nie było to łatwe i spokojne spływanie. Trzeba było się namachać i namęczyć, by przeszkody pokonać. Przyroda jednak zachwycała, wydawała się tak dziewicza i w wielu miejscach jakby zupełnie nietknięta ręką ludzką. Może, dlatego że znajdowaliśmy się w okolicach Drawieńskiego Parku Narodowego. Piękna przyroda i ciekawe trasy kajakowe to nie wszystko, co mnie zachwyciło. Bardzo przypadła mi też do gustu infrastruktura.

Kajaki na Korytnicy
– Mamy jedenaście pomostów i trzy ślizgi – mówił pan Andrzej.
Ślizgi okazały się genialnym rozwiązaniem i pierwszy raz się z czymś takim spotkałam (przypominam jednak, że nie jestem kajakowym wyjadaczem). W miejscach, w których trzeba było przenieść kajak, stały specjalne pomosty (ślizgi), po których bez problemu nawet jedna osoba mogła kajak przeciągnąć. Pan Andrzej reklamował też i widać było, że bardzo dumny jest z tego, że udało im się stworzyć „Kajakową ścieżkę edukacyjną”.
– Biegnie ona od Starej Korytnicy do Bogdanki – tłumaczył. – Ustawionych zostało wzdłuż niej dwadzieścia tablic ze zdjęciami, ilustracjami i opisami, dotyczącymi rzek i sąsiadujących z nią terenów.

Tablice Ścieżki Edukacyjnej
Spływ nie był długi, ale zaostrzył apetyt, by tu wrócić i spędzić w tych okolicach kilka dni z przyjaciółmi.
***
– Budzą się wspomnienia – Westchnęłam, rozglądając się po znajomej wiosce Zatom, w którym spędzałam jeden z długich weekendów w gronie przyjaciół wiele lat temu. Wówczas nie było tu żadnej restauracji i wielu agroturystyk. Jadaliśmy u pewnej starszej pani w domu, która jak się okazuje dziś już nie gotuje. Wiek na to nie pozwala. Miejsc noclegowych też powstało znacznie więcej.
– Właściwie zmusili nas do tego turyści – opowiada pani Aldona, zwana przez wszystkich w Zatomiu Adą, właścicielka „Szkoły pod Kasztanami”, w której się zatrzymałam – Przyjeżdżali, pytali czy mogą przenocować, no i w końcu tych baz noclegowych powstało znacznie więcej.

Stara Szkoła Pod Kasztanami
Zatom ma coś w sobie. Ma klimat. Spokój. Można tu odpocząć, wyciszyć się, popływać na kajakach, pojeździć na rowerach i pójść na grzyby, których ponoć co roku jest tu zatrzęsienie. – Wie pani, że my już tak szliśmy i na podgrzybki wielkości dwóch dłoni, machaliśmy ręka. Bo nie warto! – Śmiał się jeden z gości pani Aldony, gdy przyjechałam.
A potem siostra właścicielki przyniosła kosz prawdziwków, a mi aż oczy się zaświeciły, bo choć za jedzenie grzybów nie przepadam, to uwielbiam je zbierać.
Idę rano.

Gdzybobranie w Zatomiu

Gdzie byłam, z czego korzystałam:

Noclegi:

Republika Wyobraźni w Mirosławcu

Stara Szkoła Pod Kasztanami w Zatomiu

Jedzenie:

Potrawy znad Drawy w Zatomiu

Atrakcje:

Kajaki z wypożyczalni Fajne Kajaki