– Ile tak pani biegnie? – Zaczepił mnie starszy mężczyzna, gdy biegłam wzdłuż ścieżki rowerowej, prowadzącej z Darłówka do Darłowa.

– Dyszkę! – odkrzyknęłam już z oddali, bo dopiero udało mi się pozbyć słuchawek z uszu.
– O jezuuu…! – Załamał się pan.

Nie tłumaczyłam już mu, że zwykle w ostatnim czasie biegałam po 12-15 km. Niestety w ciągu ostatniego miesiąca na tyle kilometrów czasu brak. W podróży o to ciężko. Za to zmieniają się wciąż okoliczności, w których biegam. Choć przyznać muszę, że nie wszystkie są atrakcyjne. Czasem muszę się wyłączyć i po prostu biec, nie zwracając uwagi na sznur, przejeżdżających obok samochodów. Bo gdy jestem w nowym miejscu, to po prostu czasem nie wiem, gdzie warto pójść pobiegać. Dla mnie bowiem nie bieganie samo w sobie się liczy, ale też miejsce, w którym się przemieszczam. Teraz biegłam ścieżką z Darłówka do Darłowa. Na początku trochę zgłupiałam. Myślałam, że Pensjonat Landrynka, w którym się zatrzymaliśmy jest umiejscowiony właśnie w Darłowie.
– Przepraszam, dokąd leci ta droga? – Zaczepiłam trzy starsze panie, spacerujące wieczorem w stronę deptaka.
– Do Darłowa- odpowiedziały niemal chórem.

Plaża w Darłówku
Przecież my jesteśmy w Darłowie, zdziwiłam się. Biegłam dalej. Nie dobiegłam jednak do samego centrum miasta, krążąc jeszcze wcześniej wzdłuż plaży. Za to o poranku powtórzyłam moją trasę.
O tej porze roku chyba, nad ranem, Darłówko spowija mgła. Oba poranki, które tam spędziłam, o tym zaświadczały. Lubię jednak mgłę, choć zwykle wówczas jest zimno. Przebiegając przez most, który co godzinę rozsuwa się, by przepuścić stateczki, kutry i żaglowce do zacumowania, zatrzymałam się na moment, by spojrzeć w głębię wody. Na horyzoncie zarysowywały się maszty statków. Wyglądały jak opuszczone kutry pirackie. Przed siódmą rano, w niedzielę wszędzie panowała cisza i spokój. Główny deptak w miasteczku, który jeszcze poprzedniego dnia kipiał życiem, pachniał kręconymi lodami i goframi z dżemem (standardowe zapachy morskich miejscowości), o poranku tonął w bezgłosie i bezruchu. Zapachniało magią.
Ale co z tym Darłowem. To jestem w nim czy nie, głowiłam się. Okazało się, że Darłówko to nadmorska część Darłowa, która w sezonie pełni funkcję wypoczynkową i turystyczną. To tu znajduje się wiele hoteli, pensjonatów, prywatnych kwater, kempingów, pól namiotowych i wiele innych. Ludzie mogą się zatrzymać w którymkolwiek i mają szybki dostęp do plaży i do wody oraz wszelkich atrakcji, których szukają zwykle turyści w wakacje.
Co ciekawe znajduje się tutaj ujście rzeki Wieprzy do Morza Bałtyckiego, co powoduje, że miasto podzielone jest na dwie części zachodnią i wschodnią, które połączone są rozsuwanym mostem (jedynym takim urządzeniem na polskim wybrzeżu)
Jeszcze pod wieczór, o zachodzie słońca przebiegłam się pasem, biegnącym do latarni morskiej. Zachód był przepiękny (wschód zwykle zakrywa mgła). Ludzie spacerowali deptakiem, trzymając się za ręce, większość robiła sobie zdjęcia na tle latarni i zachwycającego zachodu słońca.
W Darłowie nie spędziłam wiele czasu, właściwie jedynie przez miasto przebiegłam. Zdążył mnie jednak zainteresować starannie przygotowany deptak, który byłam pewna, że w sezonie również tonie w natłoku turystów oraz zamek. Nie miałam pojęcia, że w Darłowie taka budowla się znajduje i to nie byle jaka, bo gotycka. Kolejny Zamek Książąt Pomorskich z wieżą o wysokości 24 metrów. Jego budowę jak się okazało rozpoczęto w 1352 roku. Z historii zainteresowała mnie osoba Eryka Pomorskiego, który urodził się w 1382 w Darłowie. A co ciekawego w Eryku Pomorskim jest? To, że był królem trzech krajów (znany był więc jako Eryk III, król Norwegii, Eryk VII, król Danii, a poza tym też był królem Szwecji) i ze wszystkich trzech tronów został zdetronizowany, co skłoniło go w końcu do powrotu do Darłowa i do rozbudowy miasta.
Moje bieganie, to nie tylko przemierzanie kolejnych kilometrów. Może to się wydawać niektórym zabawne, ale ja w ten sposób zwykle najlepiej zapoznaję się z miastem, do którego przyjeżdżam. Praktykuję ten sposób już od lat i spisuje się on świetnie. Nie tylko dzięki temu poznaje więcej ciekawych miejsc, ale jak się okazuje robię wówczas też najlepsze zdjęcia.

Pensjonat Landrynka
Noc spędzałam w Pensjonacie Landrynka. Spodziewałam się tam cukierkowej słodyczy. Aż tak słodko nie było, choć na łóżku czekała na mnie landrynka jako poczęstunek . Pokoje utrzymane w ciepłym klimacie, zadbane i słoneczne, choć malutkie. Sama właścicielka przyznała, że ludzie często na wielkość pokoików narzekają. To takie miejsce, gdzie właściwie przychodzi się jedynie na noc, bo poruszanie się po pokoju, zwłaszcza we dwie osoby, jest niemożliwe. Mieści się w nich jedynie jakaś szafka i duże wygodne łóżko.
– Klienci narzekają na wielkość pokoi, ale na śniadania nigdy – przyznała o poranku właścicielka.
I nic dziwnego, bo jak na niewielki pensjonat śniadania mieli naprawdę dobre, przede wszystkim ładnie podane, a produkty świeże.
– Te jajka są takie żółciutkie – Zauważyłam. – Chyba od kur wiejskich?
Znałam ten kolor. Moja koleżanka zawsze jak przyjeżdżamy robi jajecznicę z jajek przywiezionych od dziadka. Też są takie żółte i też równie pyszne.
Właścicielka potaknęła uradowana.

Śniadanie w Pensjonacie Landrynka
– Bardzo się o to staramy. Żeby wszystko było świeże i swojskie.
Był więc wiejski twaróg, masło, jajka i domowej roboty dżemy. W dzisiejszych czasach, gdzie wszędzie idzie się jedynie na ilość, rzadko spotyka się miejsca, w których doceniają i dbają o jakość.

Gdzie byłam, z czego korzystałam

Lidia Hotel –  relaks w strefie wellness byłby znakomitym dopełnieniem biegowego wysiłku. Biegnąc, rozmyślałam jak miło było by się zrelaksować w jacuzzi lub wygrzać się w którejś z saun.  Szkoda, że byłam tam tak krótko…

Pensjonat LANDRYNKA – jego przytulne pokoje częściowo zrewanżowały mi brak kompleksu Wellness… choć odkryty basen był, to do kąpieli nadawał się tylko podczas lata.